Jaki właściwie mam poziom angielskiego? A1–C1 po ludzku
B2 z papierka sprzed dziesięciu lat, A2 z przeczucia i "chyba gdzieś pośrodku" z ostrożności. Tak wygląda większość odpowiedzi, które słyszę przed pierwszą lekcją. Oto co te symbole naprawdę znaczą i dlaczego prawie każda dorosła osoba zaniża swój poziom.

To pytanie pada przed prawie każdą pierwszą lekcją. I prawie zawsze dostaję jedną z trzech odpowiedzi.
"Chyba B2, ale to było na studiach." "Podstawowy, taki A2 góra." Albo najczęstsze: "szczerze mówiąc, nie mam pojęcia".
Problem w tym, że od tej odpowiedzi zależy dość dużo. Materiał za łatwy nudzi i utwierdza Cię w tym, że stoisz w miejscu. Materiał za trudny męczy i po trzech tygodniach kończy się tym, że "widocznie nie mam talentu". Trafiony poziom to połowa sukcesu, a mimo to zgadujemy go na oko.
Dlaczego prawie każda z nas zaniża swój poziom
Kiedy proszę o samoocenę, większość osób celuje o jeden, czasem dwa poziomy za nisko. Powody są zawsze te same.
Oceniasz się po tym, czego nie umiesz. Nie po tych trzydziestu minutach rozmowy, które właśnie przeprowadziłaś, tylko po tym jednym słowie, które uciekło Ci w środku. Pamiętasz wpadkę, nie pamiętasz całej reszty.
Porównujesz się do native speakera. Czyli do poziomu, którego nie ma nawet na skali. C1 to nie jest "mówię jak Brytyjka". C1 to "radzę sobie ze wszystkim, czego potrzebuję, i robię przy tym błędy, które nikomu nie przeszkadzają".
Mylisz pewność siebie z poziomem. Blokada przy mówieniu potrafi ściągnąć samoocenę o dwa stopnie w dół, chociaż wiedza siedzi na miejscu. Pisałam o tym osobno w tekście o tym, dlaczego blokujesz się przy mówieniu.
Zostajesz przy poziomie z papierka. Matura, certyfikat, kurs w pracy. Tamten wynik opisywał Ciebie sprzed dziesięciu lat. Od tego czasu coś ubyło, ale sporo też przybyło: seriale bez napisów, maile służbowe, wakacje, na których jakoś się dogadałaś.
Poziomy po ludzku, bez tabelek
Oficjalne opisy skali europejskiej są napisane językiem, który sam wymaga tłumaczenia. Więc po naszemu, przez to, co realnie potrafisz zrobić.
A1 – początkujący. Przedstawisz się, powiesz, gdzie mieszkasz i czym się zajmujesz. Zamówisz kawę. Rozumiesz proste zdania, jeśli ktoś mówi wolno i wyraźnie. Podstawy są, ale jeszcze nie układają się w całość.
A2 – podstawowy. Poradzisz sobie w typowych sytuacjach: hotel, zakupy, krótka rozmowa o pracy i rodzinie. Opowiesz o przeszłości i o planach. Słowa zaczynają się kończyć wtedy, kiedy temat schodzi z utartych torów.
B1 – średnio zaawansowany. Dogadasz się w większości sytuacji, także takich, których nie przewidziałaś. Opowiesz film, wytłumaczysz problem, poprowadzisz luźną rozmowę. I tu pojawia się ta charakterystyczna rzecz: wiesz więcej, niż potrafisz z siebie wydobyć w rozmowie.
B2 – wyżej średnio zaawansowany. Rozmawiasz swobodnie, też o sprawach zawodowych. Rozumiesz dłuższe wypowiedzi i filmy bez napisów. Gramatykę masz poukładaną, nawet jeśli nie umiesz nazwać czasów.
C1 – zaawansowany. Używasz angielskiego precyzyjnie, także w trudnych tematach. Wyłapujesz niuanse, ironię, żarty i język nieformalny. Nie szukasz słów, tylko wybierasz lepsze.
Jedna liczba nie opisze Cię w całości. Można rozumieć na poziomie C1, czytać na B2 i mówić na A2. To nie jest sprzeczność, tylko normalny efekt tego, że przez lata trenowałaś jedną z tych rzeczy, a resztę nie.
B1 to poziom, na którym utyka najwięcej osób
Jeśli miałabym zgadywać w ciemno, obstawiam B1. Tam jest najwięcej dorosłych, które wracają do angielskiego, i tam najłatwiej spędzić kilka lat bez ruchu.
Dzieje się tak dlatego, że na B1 angielski już działa. Na wakacjach się dogadasz, maila napiszesz, filmik zrozumiesz. Nic nie boli na tyle, żeby coś zmienić, więc naturalnie zostajesz tam, gdzie jest wygodnie.
A potem przychodzi rozmowa o pracę po angielsku, spotkanie z zagranicznym klientem albo zwykła rozmowa przy stole, w której cztery osoby mówią szybko i wchodzą sobie w zdania. I nagle okazuje się, że to, co wystarczało przez pięć lat, właśnie przestało wystarczać.
Wyjście z B1 rzadko polega na powtórce gramatyki. Zwykle polega na przestawieniu proporcji: mniej przerabiania, więcej mówienia na głos do żywego człowieka.
Po co w ogóle znać swój poziom
Nie po to, żeby mieć ładną literkę w CV. Po trzy konkretne rzeczy.
Żeby dobrać materiał. Tekst, z którego nie rozumiesz co trzeciego słowa, nie uczy, tylko zniechęca. Ten, który rozumiesz w stu procentach, też nie uczy. Najlepiej pracuje się na materiale odrobinę powyżej swojego poziomu.
Żeby zobaczyć ruch. "Chyba trochę lepiej" to kiepski sposób mierzenia postępów. Konkretny punkt wyjścia sprawia, że po pół roku widzisz różnicę, zamiast się jej domyślać.
Żeby wiedzieć, czego naprawdę Ci brakuje. To zwykle największe zaskoczenie. Osoba przychodzi po gramatykę, a z rozmowy wychodzi, że gramatykę ma dobrą, tylko nie mówiła na głos od ośmiu lat. To zupełnie inny plan zajęć.
Sprawdź to w dziesięć minut
Właśnie dlatego zrobiłam na stronie test poziomujący. Czterdzieści pytań ze słownictwa i gramatyki, około dziesięciu minut. Na końcu dostajesz swój poziom razem z wyjaśnieniem, co on realnie znaczy, i podpowiedź, co ma sens dalej. Jeśli chcesz dokładniejszy wynik, dołożysz do tego jeszcze czytanie i słuchanie.
Dwie rzeczy, które robią różnicę przy rozwiązywaniu:
- Nie sprawdzaj niczego w słowniku ani w tłumaczu. Zawyżony wynik nie pomoże ani Tobie, ani mnie. Nie ma tu nikogo, przed kim trzeba dobrze wypaść.
- Nie strzelaj. Przy pytaniu, którego nie znasz, jest przycisk "Nie wiem". Dzięki niemu wynik pokazuje Twój poziom, a nie Twoje szczęście.
I jeszcze jedno, na wypadek gdyby ten wynik wyszedł niżej, niż się spodziewałaś. Poziom nie jest oceną. To informacja o tym, gdzie stoisz dzisiaj, a nie o tym, ile jesteś warta. Każda osoba, która dzisiaj mówi po angielsku swobodnie, miała kiedyś na tej skali A1.