Dlaczego warto zacząć w październiku, a nie w styczniu
Wrześniowe postanowienie nie dotrwało do października, więc naturalna myśl brzmi: dobra, to od stycznia. To najgorszy możliwy termin, i nie chodzi o motywację, tylko o to, jak wygląda Twój kalendarz w styczniu, a jak teraz.

Wrzesień to miesiąc dobrych postanowień. Nowy rok szkolny, koniec wakacji, wszystko rusza od początku i angielski zwykle jest gdzieś na tej liście.
Jeśli Twoje wrześniowe postanowienie nie dotrwało do dzisiaj, kolejna myśl jest prawie zawsze ta sama: dobra, to od stycznia. Od nowego roku, na czysto, z głową.
Mam prośbę: nie rób tego. Styczeń jest jednym z najgorszych miesięcy w roku na start, a październik jednym z najlepszych. I nie chodzi tu o motywację ani o energię nowego początku, tylko o coś dużo bardziej przyziemnego: o to, jak w obu tych miesiącach wygląda Twój kalendarz.
Styczeń wygląda dobrze tylko z daleka
Pierwszy stycznia nie zmienia niczego poza datą. Zmienia za to otoczenie, w którym próbujesz zacząć, i zmienia je na gorsze.
Jest ciemno, jest zimno i wstaje się ciężko. Po świętach konto wygląda najgorzej w całym roku. W pracy wchodzą rozliczenia i zamknięcie roku, czyli dokładnie ten moment, w którym nikt nie ma wolnej głowy. Do tego sezon na przeziębienia, który sam z siebie potrafi wyjąć z rytmu dwa tygodnie.
A teraz najważniejsze. Noworoczne postanowienie to deklaracja, nie plan. I prawie zawsze jest za duże: codziennie, od zera, od jutra, tym razem na poważnie. Taki start nie wywraca się dlatego, że komuś zabrakło charakteru. Wywraca się, bo był policzony pod osobę, która nie ma pracy, domu i zmęczenia o dwudziestej pierwszej.
Opisałam ten mechanizm osobno, przy okazji powrotu do angielskiego po latach: plan upada nie w dniu, w którym go rzucasz, tylko w dniu, w którym go układasz.
Co daje październik, czego styczeń dać nie może
Wiesz już, jak wygląda Twój tydzień
To jest przewaga numer jeden i jedyna, która naprawdę decyduje.
Wrzesień jest chaotyczny. Powroty z urlopów, nowe plany zajęć dzieci, nowe projekty w pracy, zapisy na wszystko naraz. Tydzień wygląda wtedy inaczej co tydzień, więc każdy plan jest zgadywaniem.
W październiku rytm jest już ustawiony. Wiesz, który wieczór jest realnie wolny, a który tylko teoretycznie. Wiesz, kiedy wracasz za późno i kiedy pada Ci na twarz. Plan ułożony na takim tygodniu ma szansę przeżyć, bo jest pisany pod tydzień prawdziwy, a nie wyobrażony.
W styczniu znowu zgadujesz, bo grudzień niczego o Twoim zwykłym tygodniu nie mówi.
Wieczory są długie, a konkurencja słaba
W czerwcu angielski przegrywa z ogrodem, rowerem i tym, że szkoda siedzieć w domu. W październiku konkurencją jest serial. To nieporównywalnie łatwiejszy przeciwnik.
Do świąt masz dokładnie dwanaście tygodni
Od pierwszego października do Wigilii jest równo dwanaście tygodni. To jest okno, które da się policzyć i zobaczyć, a nie "kiedyś".
Powiem uczciwie, czego w te dwanaście tygodni nie będzie: nie przeskoczysz poziomu. Droga z A2 na B1 to u moich kursantek mniej więcej pół roku, a nie kwartał. Masz to policzone w kalkulatorze na stronie głównej, razem z pozostałymi poziomami.
Co się w tym czasie dzieje naprawdę: zdania zaczynają wychodzić bez układania ich wcześniej po polsku. Pierwsza rozmowa przestaje być wydarzeniem, przed którym robi się sucho w ustach. I, najważniejsze, powstaje nawyk, który do stycznia zdąży się utrwalić.
W styczniu będziesz kontynuować, a nie zaczynać
To jest cała różnica i dla mnie koronny argument.
Osoba, która zaczyna w październiku, wchodzi w styczeń z trzema miesiącami za sobą. W najgorszym miesiącu roku nie buduje niczego od zera, tylko podtrzymuje coś, co już stoi. A podtrzymywanie w słabym momencie jest nieporównywalnie łatwiejsze niż zaczynanie.
Zaczynanie zawsze kosztuje najwięcej. Dlatego warto je zrobić wtedy, kiedy jest najtaniej, a nie wtedy, kiedy wypada symbolicznie.
Grudzień zepsuje rytm i trzeba to zaplanować
Nie będę udawać, że od października do czerwca pójdzie gładko. Grudzień rozwali Ci tydzień i nie ma sensu z tym walczyć. Święta, prezenty, goście, wyjazdy, dodatkowe zmiany w pracy.
Dlatego umów się ze sobą teraz, zanim to przyjdzie: w grudniu schodzisz na tryb podtrzymania, a nie na przerwę. Dziesięć minut dziennie, najlepiej mówienia na głos. Żadnego nowego materiału, żadnych ambicji.
Różnica jest zasadnicza. Przerwa zaplanowana to przerwa, po której wracasz. Przerwa nieplanowana zamienia się w "wrócę w styczniu", a stamtąd już znasz drogę.
Jak zacząć w październiku, żeby to nie był kolejny falstart
1. Sprawdź, gdzie naprawdę jesteś. Nie "chyba B1, kiedyś miałam B2 na papierku". Zrób test poziomujący, bo cały plan opiera się na punkcie startu, a większość dorosłych osób zaniża go o jeden poziom.
2. Zobacz, ile zajmie droga do celu. Zanim zaczniesz, nie po trzech miesiącach rozczarowania. Służy do tego kalkulator na stronie głównej. Najwięcej rezygnacji bierze się nie z braku postępów, tylko z rozjazdu między tym, co się działo, a tym, czego się spodziewano.
3. Wybierz mniej, niż masz ochotę. Dwa razy w tygodniu, nie codziennie. Plan, który wygląda na zbyt łatwy, jest jedynym, który przetrwa listopad.
4. Zaczep naukę o coś, co już robisz. Kawa, dojazd, zmywanie. Pisałam o tym szerzej we wpisie o tym, co da piętnaście minut dziennie.
5. Ustal z góry, co się stanie w gorszym tygodniu. Nie "jakoś to będzie", tylko konkretnie: schodzę na dziesięć minut i nie odpuszczam całkiem. Gorszy tydzień przyjdzie na pewno, pytanie tylko, czy zastanie Cię z planem awaryjnym, czy bez.
Zrób to w tym tygodniu
Dwie rzeczy, obie do zrobienia dzisiaj.
Pierwsza: wejdź w kalendarz w telefonie i wpisz dwa konkretne terminy na najbliższy tydzień. Z godziną i z nazwą, co dokładnie w tym czasie robisz. Nie "angielski", tylko na przykład "opowiadam na głos, co było dzisiaj".
Druga: zrób test poziomujący i zapisz sobie wynik. W grudniu będziesz miała do czego wrócić i zobaczysz różnicę na liczbach, a nie na wyczucie.
Tyle wystarczy na start. Reszta jest kwestią tego, żeby za tydzień zrobić to samo jeszcze raz.
Jeśli wiesz, że sama tego nie dociągniesz
Bo to jest uczciwe pytanie i warto je sobie zadać teraz, a nie w listopadzie.
Jeśli wcześniejsze podejścia kończyły się po trzech tygodniach, problemem zwykle nie był angielski, tylko to, że nikt nie pilnował materiału i nikt nie zauważył, kiedy Cię zabrakło.
Dokładnie po to jest miesięczna opieka językowa: dostajesz nowy materiał co tydzień i trzydzieści minut ze mną raz w miesiącu, bez stałej godziny w kalendarzu. Uczysz się wtedy, kiedy masz okno, a nie wtedy, kiedy wypada lekcja.
A jeśli wolisz zacząć od rozmowy, napisz do mnie. Odpowiem, czy to w ogóle jest moment na zaczynanie u Ciebie, nawet jeśli odpowiedź miałaby brzmieć, że lepiej poczekać do stycznia.